Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Afirmacje matki głupich z lekką nutką sentymentu

sobota, 11 kwietnia 2009 14:43
 

W takich wypadkach mówi się, że wszystko, co dobre kiedyś się kończy. No i co z tego, że się mówi. Dzielna jestem i nie płaczę... jeszcze. Tak się jakoś poskładało koniec z końcem. Ale żal jest - żal.pl. I nie wiem, czy udźwignę ten kij. Kij? Kij! - bo każdy kij ma dwa końce! Tylko dlaczego wszystkie końce muszą zejść się w czasie? W jednym życiu? Ach, jak mi żal.

W takich wypadkach wspomina się, jak to było na początku. Mimo że pod górkę, na kolanach, nie wychodziło, brudziło, iskrzyło, to wspomina się z uśmiechem. Mówi się, ach co to były za czasy. A potem cała lawina wspomnień przychodzi. Jeden przez drugiego lawinę napędza - się działo, wrzało, gotowało, ile ludzi było, ile pomysłów, słów, uśmiechów i łez wspólnych. Ile to już lat? Naszych lat... Przemilczamy całkowicie wątek o tym jak stawało się chlebem powszednim, jak nie chciało się już, że zapach rutyny unosił się w powietrzu i toksyczna pijawka zatruwała pozytywne wibracje. I gdy przepłynie fala wspomnień, zbliżmy się do drzwi, po raz ostatni... chwila zawahania... westchniemy głęboko i żal zakręci się w oku.

A może nie trzeba? Może lepiej, że to już koniec. Zniknie stare i zrobi miejsce nowemu. Bo gdyby nie zniknęło nikt by nie szukał, nie potrzebował szukać. A tak trzeba coś wymyślić, nowym pustkę zapełnić. Nikt nie mówi, że będzie lepiej. Może nie lepiej, może gorzej, może nawet gorzej niż gorzej, ale nowe to zawsze nowe. Nowe pachnie obietnicą nieznanego. My to już tak mamy w głowach poukładane, że od razu podchodzimy do nowego jak do jeża. Więc na dobry początek nowego postanowienie - oswoić jeża i pozwolić by jeż nas oswoił.

Z tym oswajaniem nowego wymyśliłam sobie wczoraj lub przedwczoraj. I tak sobie mówię co rano dla zwiększenia pozytywnych afirmacji. Mówię sobie: Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Będzie dobrze, zobaczysz. Będzie dobrze! Dobrze będzie! Dobrze! Nie płacz głupia! Głupia nie rycz! Dobrze będzie!

P.S. Na koniec kilka sentymentalnych powiedzonek okolicznościowych: Magma z wozu koniom lżej. Jak Magma w wodę. Nie samą Magmą żyje człowiek. Nie kupuj Magmy w worku. Kombinuje jak Magma pod górkę. Magma od pierwszego wejrzenia. Nie wszystko Magma co się świeci. Nie ma Komara bez kolców. Śmieje się jak głupi do Komara. Komar w oczy kole. Nie wywołuj Komara z lasu. Głową Komara nie przebijesz. Komar nie poszedł w las. Niedaleko pada jabłko od Komara.

powiedzieli mi... (0) | teraz twoja kolej

Kobieta z męską końcówką?

piątek, 13 marca 2009 17:09

Wiem - wszystko, co powiem, zostanie użyte przeciwko mnie. Zostanę spalona na stosie z etykietką "feministka", co najwyraźniej jest jakąś obelgą. Niejeden życzliwy głos doradzi mi, żebym obcięła włosy, wstawiła szyny na zęby i została kolejną Szczuką, co chyba też jest obelgą. Mimo to powiem.
Ponieważ nie otrzymałam przydziałowej pary rajstop i goździka, tudzież innego tulipana w celofanie pomyślałam sobie, że czasy się zmieniły i zmieniać się będą dalej. W tych innych, nowych czasach kobieta może być kim tylko chce, kimś więcej niż tylko żoną swojego męża czy córką swojego ojca. Może zdobywać szczyty, leczyć ludzi, pływać po morzach i oceanach, rządzić, budować domy i sadzić drzewa. Może wszytko na przekór stereotypom i czynnikom kulturowym, społecznym, historycznym itp.
A językoznawcy i językoznawczynie z kroplą potu na czole będą rozmyślać nad formami i końcówkami dla kobiet. Nie zawsze im się to udaje. Czasem to tak głupio wymyślą, że aż prestiż opada, więc dla prestiżu zostajemy kobietami z męską końcówką. Nie ukrywam, że nie chciałabym zostać marynarką, która pływa po morzach i oceanach, ani murarką budująca domy, ani szoferką za kierownicą rządowej limuzyny, a tym bardziej spawarką, grabarką czy latarnicą z noweli Sienkiewicza.
Im wyżej, tym trudniej. Wchodzi człowiek do urzędu i aż mu się czka, bo w jednym pokoju kierowniczka, w drugim urzędniczka, w trzecim pracowniczka, w czwartym naczelniczka, w piątym skarbniczka, w kolejnym informatyczka, elektryczka itp. Męską końcówka uwiera zwłaszcza na tych stanowiskach, które z dziada pradziada należały do mężczyzn. Na łamach nowosolskiej prasy nikt nie musiał zastanawiać się jeszcze czy prezydentka - to teczka prezydenta czy może sama głowa miasta. Nie mamy też burmistrzek (na całe szczęście, bo word poskreśla ten wyraz na czerwono) ani posłanek, które w moim osobistym odczuciu niedaleko leżą od posłania.
Natomiast niejeden nowosolski petent i dziennikarz, tudzież nowosolska petentka i dziennikarka łamali języki i pióra zwracając się do najwyższych władz w starostwie i gminie Otyń. Gdy przeczytałam ostatnio w jednym z dzienników, że na temat drogi wypowiada się wójtowa Otynia zaczęłam zastanawiać, co dziennikarz płci żeńskiej czyli dziennikarka, miała na myśli. Czy wypowiadała się, żona wójta czy może sam wójt, który jest kobietą? Przyznam, że sama nie raz zastanawiałam się, czy pozostawić męską końcówkę, czy może podkreślić kobiecość wyrazom pani, a może stworzyć wójtkę, co mogłoby się skończyć w najlepszym wypadku niezrozumieniem, a w najgorszym linczem. Z przykrością przyznaję, że po redakcyjnych konsultacjach wybierałam opcję pierwszą, bezpieczną, powszechną, prestiżową. Za każdym razem pozostawał jakiś niedosyt, niespełnienie, wewnętrzna niezgoda, niepewność, potrzeba zmiany.
Ale czy to moja wina, że chcę być kobietą nie tylko jako nauczycielka, pielęgniarka, kosmetyczka, przedszkolanka, szwaczka, sprzątaczka, praczka, kucharka, szparka sekretarka? Nie chcę być rzeczownikiem pospolitym, formą potocznie używaną lub błędnie użytą żoną męża. Chcę mieć własną prestiżową końcówkę, która będzie przechodziła ludziom przez gardła nie zostawiając po sobie niesmaku.

powiedzieli mi... (1) | teraz twoja kolej

Obciachu nie da się uniknąć

wtorek, 30 grudnia 2008 13:38


Niedziela minęłam mi w czekaniu na „Obciach", a dokładniej na spektakl teatru Godot o tym tytule. W mojej głowie grupa Natalii Cichy z racji scenicznych początków była zakodowana jako nowosolska, później dotarło do mnie że wszytko się zmienia i oczekuję na Obciach zielonogórski, a właściwie uzetowski. Mimo wszystko czekałam. Po pierwsze dlatego, że wypada. Po drugie z czystej ciekawości. Po trzecie dlatego, że nazwisko Kingi Dunin, według której tekstów napisano scenariusz, zapowiadało się obiecująco kontrowersyjnie.


Czekałam i doczekałam się. Doczekali się także inni, którzy według teatralnych zapowiedzi poukładali sobie niedzielne plany. Dobiegała godzina zero, gdy przybył posłaniec, niosąc złe wieści. - Spektakl odwołany! - oznajmił. - Odwołany? - zaskoczenie odbiło się na twarzach potencjalnych widzów. - Spektakl odwołany z powodu choroby aktorki - smsowo wyjaśniła reżyserka. Potencjalna widownia rozeszła się w milczeniu do swoich spraw, codzienności, przerwanego rytuału niedzielnego, przyspieszonych planów z „po spektaklu".

Chora aktorka, też mi powód do odwoływania czegokolwiek. Nie takie rzeczy się robiło. Chyba sam Edward Gramont nie doliczy się (a może doliczy) ile razy zastępował niezastąpionych aktorów, ściągając zastępstwo z przeszłości, przyszłości lub z sufitu. I udawało się. Nawet grupy z mniejszym doświadczeniem scenicznym radziły sobie z brakiem aktorki, udając, że nigdy jej tam nie było. Choroba, też mi coś! Powiedziecie to Ewelinie, która pomimo anginy ropnej w deszczu toczyła boje Gladiatorów. The show must go on! - jak mawiał wujaszek Freedie. Nie takie rzeczy się robiło w Teatrze.


Tym razem się nie udało. Trudno. Mogłabym się z tym pogodzić, mogłabym zrozumieć, gdyby nie... prawda. Prawda w oczy kole. Zaledwie cztery godziny później i zaledwie 26 kilometrów stąd stał się cud. Spektakl „o przemocy seksualnej, o naszej tożsamości narodowej, poprawności politycznej", jak informowały portale internetowe, w reżyserii Natalii Cichy zakończył IX Maraton Pisania Listów. Nie został odwołany z powodu choroby aktorki. Odbył się.


Jaaaaciee kręceee cud. Cudowny cud. Cuda się zdarzają. A jeśli nie? Jeśli nie cud, to co? To obciach! Obciach, czyli według wikisłownik: siara, wiocha, wstyd, kompromitacja. Powinnam być zadowolona. Dostałam czego chciałam. Miał być obciach i jest.

 

 

 


powiedzieli mi... (2) | teraz twoja kolej

Bajki na miarę naszych czasów

wtorek, 11 listopada 2008 14:00
 

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, za siedmioma morzami w domu złej macochy mieszkała dziewucha zajmująca się gotowaniem i sprzątaniem, którą nazywano Kopciuszkiem. Każdy zna tę bajkę i wie, że choć początek marny, to w końcu przyjdzie czas na happy end. Bo każda bajka kończy się dobrze. Na którejś stronie książki zjawi się dobra wróżka załatwia jej przepiękną balową suknię. Potem będzie bal, z którego wybiegnie przed północą i zgubi pantofelek. A potem będzie czekać na wymarzonego księcia z bajki i będą żyli razem długo i szczęśliwie. Ach! Ach!

Ale to nie te czasy. Jestem dużą, mądrą dziewczynką i w bajki nie wierzę. Współczesny Kopciuszek bierze sprawy w swoje ręce. Robi sobie operację plastyczną, wstrzykuje botoks, używa kremu Q10 na zmarszczki lub przechodzi metamorfozę w programie telewizyjnym. Zamiast balowej sukienki wybiera klasyczną małą czarną. Na imprezie baluje do bladego świtu, jeśli ma tylko na to ochotę. Ma własną firmę lub beznadziejną pracę, dlatego gdy zgubi bucik bierze magiczną kartę bankomatową w dłoń i kupuje nową parę, albo kilka nowych par. Bo butów nigdy dość! A księże z bajki? Podobno wyginęli dawno temu razem ze smokami i dinozaurami. Kopciuszek głupia nie jest, nie czeka na księcia z bajki. Bierze faceta z krwi i kości, ubiera go w garnitur i ciągnie do ołtarza, żeby zdążyć przed północą nim pryśnie czar. I żyją szczęśliwie. Och! Och! Niekoniecznie długo i niekoniecznie razem.

Jakie czasy, takie bajki. Romeo nie wdrapuje się na balkon Julii, tylko wjeżdża widną, albo wchodzi po schodach. Królewnę Śnieżkę budzi facet z karetki, a nie pocałunek księcia na białym koniu, bo książęta białe konie już dawno wymienili na konie mechaniczne. Czerwony Kapturek zgodnie z trendami na sezon jesień-zima 2008 stanie się Fioletowym Kapturkiem lub Czarnym, jeśli wybierze kolor przeciętnie bezpieczny. I nie boi się chodzić sama wieczorem przez las, bo pieniędzy nie ma, a... Takie czasy.

powiedzieli mi... (2) | teraz twoja kolej

Mam pilot więc jestem

wtorek, 16 września 2008 12:30

Jesień skrada się za oknem. Wypijam kolejną kawę o smaku prawdziwej kawy, żeby żyć na przekór negatywnym warunkom atmosferycznym nadciągającym z frontem znad północy. Prawe oko błądzi po suficie w poszukiwaniu promieni minionego lata i na wszelki wypadek posmarowuję się balsamem z drobnymi drobinkami, aby zachować skórę muśniętą słońcem. Tymczasem lewe oko mam na sprawach bieżących, a z magicznego ekranu przemawia do mnie nowa lepsza telewizja z nową, tzn. wyliftingowaną, ramówką.

Tydzień w tydzień wdrażam się w mody na modne programy. Gwiazdy tańczą na wodzie, na lodzie, na chodniku, na parkiecie... z gwiazdami. Cała reszta śpiewa, całuje foki, zamyka się z Jolantą w domu Wielkiego B. A jak ktoś gwiazdą nie jest to też tańczy, bo może, bo ma talent, bo to ich szansa na sukces, ich fabryka rozgwiazd. I wszyscy bywają na pokazach, wernisażach, premierach, a o bywalcach bywających opowiadają inni w podczas wesołych godzin, co się kręcą.

Że czas mi mija przed telewizorem zamiast na życiu swoim nie mam co żałować. I tak wszytko wiem, co u kogo. Bo jak zawsze po staremu, bez zmian, jako tako, do przodu. Ridż znowu wybacza Bruk, że zdradziła go z nowoodnalezionym bratem z ojca, którego nie znał. Frania znowu dalej wciąż jest starą panną, ale przed nią nowe drogi wyboru, bo Ewa po raz kolejny wyprowadza się ze Wspólnej i Roman będzie wolny jak ptak. Hanka z Markiem będą mieli kolejne dziecko, znaczy znowu adoptują, i kolejne własnej roboty planują. Czyli wszytko po staremu, bez zmian. Ale warto wiedzieć – teraz albo nigdy.

Nowa ramówka poleca się na obiad, więc siedzę i patrzę, i otwieram usta ze zdziwienia, bo życie jest nie dla idiotów. Okazuje się, że wystarczy być sobą, aby dostać kredyt i wrzucić szóstkę na koncie. Inteligentne technologie podpowiadają mi pomysł na obiad, a gdy w drodze na szczyt rozboli mnie głowa nie dam za wygraną, i biorę tabletkę dla niepokonanych. Przed użyciem zapoznam się z treścią ulotki lub skonsultuję się z farmaceutą.

A gdy zacznę świrować to mam pilota i... nie zawaham się go użyć.



powiedzieli mi... (1) | teraz twoja kolej

Jak można to można

środa, 20 sierpnia 2008 21:45

Powymyślali w tym kraju wysokie ceny benzyny. Zabolało trochę, więc z rowerkiem trzeba było się przeprosić. Kółeczka napompowane, getry wyprasowane i ile pary w nogach do przodu, ku zakwasom pędzimy, plusy jazdy dostrzegając. Od razu parę groszy więcej w kieszeni zostanie – na waciki wydać można.

Cennych minut nie poświęcimy na tkwienie w korkach ulicznych, na których nadmiar narzekać w Nowej Soli i tak nie możemy. I jednokierunkowe drogi niestraszne są rowerzystom. Bo jeśli w życiu jest pod prąd, to zawsze można znaleźć inne wyjście. Zawsze można skręcić. Można wjechać na chodniczek, na trawniczek, na krawężniczek. Można przecisnąć się przez tunel. Można wciągnąć brzuch. Można rozjechać pieszego lub innego takiego. Mandat dostać można. Wszystko można. A gdy wiatr zawieje, to... zburzy nam fryzurkę. A gdy wiatr zawieje, to... rowerek drogę do domu zna. Dlatego tak wielu promilowych rowerzystów tropi węża.

Powymyślali w tym kraju ścieżki rowerowe. Żeby nie było tak łatwo, dodatnio i różowo. Żeby trochę minusów w rowerowaniu odnaleźć. Dla kogo te ścieżki? Dla wszystkich. Dla tych co w prawo i w lewo. Dla rowerzystów intencjonalnie. Więc nie żałują sobie rowerzyści i jadą. Wiatr we włosach, uśmiech na twarzy, dzwonek w pogotowiu. Bo nie znasz dnia ani godziny, w której na twej rowerowej drodze stanie człowiek. Człowiek bezrowerowy zaznaczyć trzeba. Ty jako rowerzysta jechać będziesz, dzwonić dzwonkiem będziesz, wymijać będziesz. I na chama po hamulcach. On jako pieszy będzie drogę Ci grodził, nie robiąc sobie z tego nic. Jakby tego było mało człowiek stanie stadnie i rozpocznie pogaduszkę, że pogoda ładna, że ulica brudna, że pomidory potaniały na targu. I gadające stado łukiem omijać trzeba. Bo nic nie znaczą kolory. Że różowe dla rowerzystów, a dla pieszych cała reszta. Skoro po różowym iść można, to można.

Jeśli chcielibyśmy coś poukładać. Jeśli chcielibyśmy nadać kształt całości. Jeśli chcielibyśmy ustalić jakieś zasady. To i tak nic z tego nie będzie. Tego możemy być pewni. U nas to jest tak, że każdy ma zawsze rację. Każdy swoje wie. I to wie lepiej. Bo tak! I w tym cały problem. Niniejsza refleksja nasuwa mi się w związku z moimi doświadczeniami, które zdobywam na moim niebiesko-brudnym roweropodobnym sprzęcie. Chciałoby się napisać „rowerem jestem i nic co rowerowe nie jest mi obce”. I ogarnia mnie radość ogromna jak słyszę o planach budowy nowych ścieżek rowerowych w mieście i okolicach okolicznych. Ścieżek, na których wszytko będzie można.

powiedzieli mi... (0) | teraz twoja kolej

Przeżyć jeszcze jeden taki dzień

niedziela, 22 czerwca 2008 20:24
 

Wszytko mija szybciej niż byśmy tego chcieli. Weekend z dnia na dzień staje się poniedziałkiem, wiosna latem. Czas leczy nas z młodości chmurnej durnej. Krok po kroku brniemy w czas przyszły, przeszłość i teraźniejszość zostawiając za sobą. Byle do przodu! Cokolwiek to znaczy.

I chciałabym tylko w tej pogoni za jutrem zatrzymać się na chwilę. Chwilę na zatrzymanie się znaleźć. I mieć na myśli sprawy niezwykle pozytywne, jak wspomnienia zaklęte na zdjęciach, albo powracające w wieczornych rozmowach Polaków. Jak wakacje u cioci daleko od szosy, karmienie owiec smoczkiem, wyżeranie kurom z koryta, godziny spędzone w jeziorze aż do sinienia, przejażdżki na przyczepie i kolejne godziny w jeziorze. Jak zabawy w greka na podwórku, dłubanie pestek na trzepaku, zbieranie drobnych na lizaki lodowe, poczta sznurkowa międzysąsiadkowa, rozkładanie koca na trawniku pod blokiem, niedzielne wycieczki rowerowe na Lubieszów, trzeci, koci w zależności, w którą stronę wiatr powiał. Jak pierwszy wypad z ekipą pod namiot, choć rodzice zapewniali, że będzie miał miejsce nigdy w życiu tzn. dopiero po czterdziestce, nocne wycieczki do lasu, w celu nastraszenia się czymkolwiek, albo nocne kąpiele w jeziorze, gdy w świetle księżyca nic nieznacząca warstwa zielonej mazi rozpływała się na boki. Jak wspomnienia imprez, na których rzecz jasna byliśmy, a których nie pamiętamy wcale, dzięki czemu nabierają kultowości. Jak dyskoteki z kiepską muzyką i facetami serwujących kiepskie tekst o pięknych oczach, spontaniczne domówki u ludzi, których jeszcze trzy minuty temu nie znaliśmy, godziny spędzone w barze aż do świtu, bo strach po nocy chodzić, a gdy wszytko poprzednie zawodziło plenery, ogniska, grille z gitarami, śpiewami, wygłupami i śmiechem.

Jak mawia poeta... mamy spore szanse, przeżyć jeszcze jeden taki dzień!!!

 

powiedzieli mi... (1) | teraz twoja kolej

Myśli w czasie...

czwartek, 01 maja 2008 16:19
 

Stoję jak ta idiotka na przejściu dla pieszych, co mi się zdarza nie raz nie dwa. Stoję jak ta idiotka na przejściu i zastanawiam się zwyczajnie: zaświeci się czy nie. Oto jest pytanie! Siłą mentalną, siłą mego umysłu, nadzieją zwykłej idiotki wyczarowuję... zaświeci. Nic innego mi nie pozostaje. Przecież po czerwonym na pałę nie przejdę, tak już mam. Przecież nie włączę włącznika palcem, choć uczynić to powinnam wg wskazań napisów i odruchów niemalże Pawłowa. O nie! Nie włączę go mym palcem, bo mnie obrzydzenie bierze, z powodu, że ten włącznik jest obrzydliwy. Obrzydliwy obrzydliwością wyżutej gumy do żucia, która jest w niego zastępczo wklejona. O fuj! A może jednak po czerwonym, żeby czasu nie tracić, nie marnować na marne.

 

Zamyślenie: Perfidna jestem, to fakt. Czas kradnę, nawet sobie. Czasosen na margines sprowadzam i wykradam mu po godzinie każdego dnia. Co widać. A gdy staję się perfidniejsza, to nocy sen kradnę zupełnie, aby snuć się nad ranem jako niby-zwycięzca. I nucę niby to oryginalnie piosnkę „nie mam czasu na sen, a tak bardzo chciałabym mieć...”. Czasukradzieje odrzucam zupełnie, żeby mi życia nie ukradły. Odwracam się do nich plecami, nie czuła na ich dźwięki, wdzięki, jęki. Nie zmienia to jednak faktu, że one cały czas są.

 

Zamyślenie: Już nie bywam! Pani matko letka skifa na parafii... nie mogę się wysłowić. W tym samym momencie dzwoni ostatni dzwonek. I zaczynam tańczyć jak mi zagrają. W pogodni za datą, wystukuję co tylko mogę, choć nie wiem czy w dobrą stronę stukam. I już nie bywam... Bywam za to, jak tylko kobiety bywają, perfidna. Wklepuję, wyklepuję, masuję, wyczesuję, farbuję, zamaskowuję, podkreślam, wzmacniam i tak nie ujdzie mi to na sucho. Wiem. Tańczę, tańczę, tańczę, bo zaraz skończy się ten bal.

 

Stoję jak ta idiotka na przejściu dla pieszych i myśli o czasie mnie nachodzą, że go coraz mniej, że go mało, że szybko mija, przemija, zmiany pozostawia, że szkoda czasu na marne. Stoję jak ta idiotka na przejściu dla pieszych... a może jednak ruszyć.

 

 

 

powiedzieli mi... (1) | teraz twoja kolej

Optymistyczne kazania

środa, 12 marca 2008 19:23
 

Kazała mi optymistycznie, więc piszę. Optymistyczne są pomarańcze, kolor pomarańczy, smak i zapach pomarańczy. Zjadałam jej dziś pomarańcze i mnie nie zabiła, a sok marchewkowy z pomarańczą nie jest taki zły, jak przypuszczałam. Uwielbiam pomarańcze, więc choć pomaluj mój świat na pomarańczowo! Ale z drugiej strony te pomarańczowe ściany od świtu do zmierzchu, wklepywane literka po literce, tle godzin na dobę, tyle dni w tygodniu, wg nakazu, polecenia, zlecenia... Zwyczajnie można sfiksować i sfiksowałam, bo mi po ludzku w pomarańczowym nie do twarzy. Więc pakuję walizkę i uciekam.

 

Kazała mi optymistycznie, więc staram się. Wczuwam w klimat i wypijam herbatę z cytryna, tak jak ona. To chyba wiosna. Mrużę oczy od słońca, marzy mi się spacer, jazda rowerem lub jedno i drugi, czyli spacer rowerem. I gdy tak pędzę tym rowerem z górki na pazurki i mrużę oczy... mogę wylądować na drzewie. Wszytko jedno byle optymistycznie...

 

Kazała mi optymistycznie, więc szukam. I zaczynam zastanawiać się nad zakupami niezakupionymi, bo w nich tkwi potencjał szczęścia. Ona cały dzień o tych trampkach, ja o tym telefonie. I w tym gadaniu może i jest potencjał optymizmu. Może i jest, a może jedna drugiej przegryzie aortę. Któregoś dnia...

 

Kazała mi optymistycznie, więc działam. Wysyłam list piorytetem, bo priorytet za trudno się wymawia. Nie jestem wredną starą panna, ale asertywną, dynamiczną singielką. Tak nam to życie obrasta w formy fleksyjne, ale co tam srali muchy będzie wiosna. Trzeba wziąć, żeby nie powiedzieć wziąść, sprawy w swoje ręce – mówię sobie codziennie. Optymistycznie!

 

Kazała mi optymistycznie, więc uśmiecham się. Uśmiecham się ile sił w nogach. Uśmiecham się, bo mi karzą, proszą, radzą... Na przekór i na bakier, wbrew okolicznościom i wbrew sobie. Sił już nie mam, ale szczerzę się szczerze lub jak kto woli zęby suszę. Optymizm przede wszystkim.

 

Kazała mi optymistycznie, więc czytamy. To co napisałam czytamy i ona wyje ze śmiechu, i ja wyje ze śmiechu. A co tam u was?

 

 

 

powiedzieli mi... (0) | teraz twoja kolej

To się okaże!

środa, 06 lutego 2008 21:34

Najpierw miałam nie postanawiać nic – tak postanowiłam. Postanowiłam z okazji noworocznych postanowień, które zaraz po wypowiedzeniu ulatują w nieznane i nigdy nie dochodzą do skutku. Nie znoszę tego... A potem w rachunku sumienia wychodzi szydło z worka, słowa na wiatr rzucone i inne gołosłowia. Tego nie znoszę jeszcze bardziej i postanowiłam nie postanawiać.

Tydzień później zauważyłam, że pochłania mnie chaos. Zaczęło się całkiem niewinnie od małego chaosu na biurku, potem jednak chaos zaczął ogarniać podłogę i szafę. Na tym nie koniec. Chaos bezczelnie wkradł się do mojego komputera i zajął miejsce na dysku. I dalej szedł jak burza. Poprzewracał do góry nogami mój plan dnia, plan tygodnia... życie moje! Pomyślałam sobie, że może jeszcze nie jest za późno na noworoczne postanowienie. Łamiąc postanowienie o niepostanawianiu, wydałam postanowienie numer jeden: POSTANAWIAM OGARNĄĆ CHAOS!!! Najlepiej od lutego. Walka z chaosem wymaga czasu i energii. Teraz czasu mi szkoda, a energia przyda się na inne takie.
Na drugie postanowienie nie musiałam długo czekać. Ale zacznę od początku. Zainspirowały mnie piersi Małgosi Kożuchowskiej, a właściwie ich brak, o czym wszem i wobec donosił jeden z kolorowych dzienników. Patrzę sobie na Kożuchowską vel Hankę Mostowiak i wszytko rozumiem, dziewczyna-wieszak w jednym. A o ile mi wiadomo, na wieszakach cycki nie rosną. Tragedia niby żadna, bo wszytko można odczarować. Wróżka Nina kazała czytelnikom o 12 w południe mocno pomyśleć o zanikającym biuście, a ten odrośnie. Ale gdyby moje piersi zaczęły zanikać, to kto o nich pomyśli? Odpowiedź dobrze znam – nikt. Więc na wszelki wypadek nie doprowadzę do zanikania. Wydałam postanowienie numer dwa: ŻADNYCH DIET!!! Całkiem, całkiem to moje postanowienie. Strasznie mi się podoba. Jak człowiek jest na diecie, to czuje się nieszczęśliwy. Obawiam się tylko, że ja mogę stać się bezgranicznie szczęśliwa (czytaj kilka rozmiarów większa). Takie życie! Trzeba dbać o linie, a linia musi być gruba i wyraźna – jak mawia Kaczka, jej mama i teraz ja.

I to by było na tyle. Przynajmniej na początek. Na dobry początek!


powiedzieli mi... (2) | teraz twoja kolej

 12  »

piątek, 19 marca 2010

Licznik odwiedzin: 8891

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 02.06.2009 23:56:43
  • autor: zett
  • treść: cześć !
    dawno...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: